VS

Między słowem a gestem. Architektura przyjaźni na styku kultur


Jako człowiek, który na co dzień porusza się w świecie twardych reguł, schematów i systemów, gdzie każda akcja ma swoją przewidywalną reakcję, ze sporym uśmiechem i fascynacją obserwuję obszary, których nie da się zamknąć w żadnym algorytmie. Dziś mowa będzie o tym, jak postrzegam relacje międzyludzkie przez pryzmat różnic płci oraz uwarunkowań kulturowych. Żyjąc i pracując w Niemczech, a jednocześnie nosząc w sobie polski kod kulturowy, mam wyjątkową okazję obserwować na żywo, jak te same słowa i gesty uruchamiają zupełnie inne skrypty w głowach moich rodaków oraz rdzennych Niemców.

To, co dla mnie jest oczywistym fundamentem, za zachodnią granicą bywa architektoniczną anomalią. I odwrotnie. Zamiast jednak traktować te różnice w kategoriach błędu, wolę patrzeć na nie z nieskrywaną ciekawością. Gdzie leżą granice przyjaźni i dlaczego tak bardzo różnią się w zależności od tego, kto i dla kogo otwiera drzwi do samochodu? Wiem, że przykład z drzwiami pojawił się już w innym moim tekście, jednak jest on tak uniwersalny i dobitny, że przytoczę go także tutaj.


Ciężar gatunkowy jednego słowa

Zacznijmy od fundamentów, czyli od języka – to on w dużej mierze kształtuje naszą rzeczywistość. W Polsce proces "rekrutacji" na przyjaciela to niemal rygorystyczny audyt. Mamy znajomych, mamy kolegów i koleżanki do przysłowiowego piwa, i wreszcie mamy przyjaciół. To słowo-instytucja. W polskim rozumieniu przyjaźń to właściwie miłość, tyle że pozbawiona fizyczności, wspólnego kredytu czy obowiązkowego odwiedzania rodziców podczas świąt. To dostępność 24/7, absolutne zaufanie i gotowość do wsparcia w najczarniejszych scenariuszach. Podobnie bywa w innych krajach – chociażby w Stanach Zjednoczonych, gdzie zależności wynikające z bliskich relacji opierają się na zbliżonych oczekiwaniach. Dlatego byłem autentycznie zaskoczony, gdy jedna ze znajomych, po zaledwie kilku dniach całkiem udanych rozmów, rzuciła luźno w towarzystwie, że "dobrze widzi naszą przyjaźń". W moim polskim, wewnętrznym systemie zabezpieczeń zapaliła się kontrolka: Moment, jak to jest możliwe tak szybko?

Tymczasem w Niemczech słowo Freund to językowy kombajn. Z jednej strony oznacza kumpla, z drugiej – partnera życiowego, a cała różnica sprowadza się do zmiany kilku słów towarzyszących samemu wyrazowi. Ta lingwistyczna pojemność sprawia, że bariera wejścia wydaje się niższa, a sama koncepcja przyjaźni płynnie zbliża się do amerykańskiego, luźniejszego modelu (co świetnie widać w serialu "Friends", gdzie granica między przyjaźnią a romansem jest cienka jak papier). To w całości zrozumiałe z punktu widzenia ewolucji języka, ale dla kogoś z polskim tłem kulturowym bywa dezorientujące. Zauważyłem też, że w samych Niemczech różnica między powierzchownym przyjacielem a osobą naprawdę bliską sercu to potężna przepaść – zupełnie jakby z palącego słońca wpaść wprost do mikrofalówki.


Anatomia gestu, czyli ciężar nadinterpretacji

Najciekawsze wnioski naszły mnie jednak podczas rozmowy z moją przyjaciółką z Niemiec, z którą często analizujemy mechanizmy ludzkich zachowań i granice w relacjach. Zastanawialiśmy się nad tym, czy kobiety w Niemczech traktują gesty ze strony innych kobiet i przyjaciółek inaczej niż te same gesty wykonane przez mężczyzn. Zadałem proste pytanie: Gdyby twoja przyjaciółka otworzyła ci drzwi do auta, czy doszukiwałabyś się w tym podtekstu? Pomyślałabyś, że chce czegoś więcej? Odpowiedź brzmiała: Nie. Nie analizowałabym tego jako podtekstu, lecz jako gest – może nie codzienny, ale z pewnością nie powodujący utraty komfortu w jej obecności.

I tu pojawia się fascynujący paradoks. Z punktu widzenia mechaniki to ten sam gest: ktoś pociąga za klamkę, ułatwiając drugiej osobie zajęcie miejsca. Jednak w zależności od tego, kto go wykonuje, zmienia się cały kod źródłowy:

Kobieta dla kobiety: Czysta uprzejmość, gest troski bez drugiego dna. Przyjaźń między kobietami zdaje się nie mieć tak sztywnych granic w okazywaniu sobie bliskości czy dbałości.
Mężczyzna dla kobiety: Natychmiastowe uruchomienie radaru. Gest wpada w tryby analizy: Czy on coś do mnie czuje? Czy to próba narzucenia romantycznej ramy?
Kobieta dla mężczyzny: Gdy mężczyzna dostaje kwiaty lub słodycze, rzadko kiedy widzi w tym "zagrożenie dla swojego związku" czy przekroczenie granic. Zazwyczaj jest to po prostu miłe i łechtające ego.

Dotykam tu niesamowitego zjawiska – wagi nadinterpretacji. Jesteśmy tak silnie uwarunkowani przez kulturę do odczytywania męskich gestów przez pryzmat zalotów, że nawet zwykła uprzejmość musi zostać poddana psychologicznej kwarantannie. Sam złapałem się na tym, że gdyby przyjaciółka otworzyła mi drzwi jako pasażerowi, uznałbym to za świetny, kumpelski gest i wsiadł z uśmiechem. Zero podtekstów. Dlaczego więc w drugą stronę to musi być tak skomplikowane?


Zderzenie systemów – przypadek otwartych drzwi dla mamy

Gdzie w tym wszystkim całkowicie się pogubiłem? W momencie, gdy na tapet wjechał temat różnic kulturowych i uniwersalności szacunku.

Podałem przykład, że jako mężczyzna czuję naturalną potrzebę otwarcia drzwi do samochodu mamie mojej przyjaciółki. W moim polskim oprogramowaniu to standard – gest szacunku, opieki i pewnego rodzaju międzypokoleniowej rycerskości, która w Polsce ma się świetnie. Moja przyjaciółka uznała to jednak za zdecydowane odbieganie od normy.

I właśnie wokół tego krążyła nasza dalsza rozmowa. Jeśli taki gest wykona dla niej przyjaciółka – jest to gest opieki. Jeśli wykonam go ja – identyczny w każdym centymetrze ruchu – może zostać uznany za zagrożenie. Albo sugerujące, że kobieta sama nie poradzi sobie z drzwiami, albo zinterpretowane jako sygnał, że czuję coś więcej, co wychodzi poza ramy niemieckich standardów przyjaźni. To fascynujące, jak wyraz szacunku w bardziej egalitarnych i pragmatycznych kulturach zachodnich może zdekodować się jako zamach na czyjąś niezależność.


Prawo do bycia indywidualnym

Im dłużej analizuję te społeczne zależności, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że o ile ramy kulturowe i biologiczne mocno nami sterują, o tyle ostatecznie wszystko sprowadza się do jednostki.

Jesteśmy zakręceni. Z jednej strony w języku niemieckim używa się jednego wyrazu na określenie kumpla i partnera życiowego, choć przepaść między nimi jest gigantyczna. Z drugiej strony kobiety potrafią budować relacje przyjacielskie bez widocznych granic, by za chwilę stawiać mury wokół niewinnego gestu otwarcia drzwi tylko dlatego, że wykonał go mężczyzna.

Nie rozumiem wszystkiego i prawdopodobnie nigdy nie znajdę jednego, uniwersalnego wzoru na ludzkie interakcje. Ale w tej niewiadomej tkwi największa wartość. Każdy człowiek to osobny system – z własnymi filarami, filtrami, własną definicją przyjaźni i indywidualną reakcją na głupie otwarcie drzwi od auta. I właśnie to prawo do indywidualności jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Ja widzę przyjaźń jako niezachwiany fundament niezawodności i pełnego wsparcia. A jak mają inni? Na to pytanie musisz sobie, drogi czytelniku, odpowiedzieć sam.

A jeśli ktoś chciałby mnie zapytać, czy ponownie otworzę mojej przyjaciółce drzwi do samochodu... Cóż, to świetny temat na nowy tekst ;)